24 stycznia 2007

odszedł Mistrz...

wstrząsnęło mną, gdy zobaczyłam nagłówek na stronie Wyborczej. A przecież nie był już mlody, podobno chorował... Był/jest za to jednym z mądrzejszych ludzi, jakich miał ten kraj, jednym z najbardziej godnych szacunku. Dla mnie i dla wielu wielki autorytet.
W niezwykle barwny sposob opisywał świat. Ciekawy tego co inne, przybliżał dalekie kraje, kultury, narody... Dociekliwy, ale szanujacy zwyczaje panujace na odwiedzanych ziemiach. Odnoszący się z szacunkiem do ludzi, ale często opisujący mechanizmy totalitaryzmu, w Afryce, w Azji. Właśnie czytam Imperium, do ktorego od dawna sie przymierzałam, ale wybierałam inne pozycje. Jakoś dzieje byłego ZSRR mnie nie pociągały. Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron. Nie mogę się oderwać od opisu byłych republik imperium sowieckiego, a nawet od opisu wojny, widzianej oczami dziecka. Na okładce kilka cytatów z wypowiedzi pisarzy i krytyków. M.in.: "Tak jak Marquez jest wielkim czarnoksiężnikiem współczesnej prozy, tak Kapuściński jest niezwykłym czarodziejem reportażu", a Salman Rushdi pisze: "Opisy w książkach Kapuścińskiego dokonują tego, co tylko sztuka jest w stanie uczynić: uskrzydlają naszą wyobraźnię". Moją ukochaną książką jest Heban, który czytałam z zapartym tchem tuż po powrocie z Afryki. Poszczególne tomy Lapidariów często towarzyszyły mi podczas podróży pociągiem. Niezależnie na której stronie otworzy się te zapiski, zawsze znajdzie się coś, co sprzyja refleksji.
Wielka pustka się pojawia, gdy odchodzą tacy ludzie.
Pamiętajmy, czytajmy i uczmy się...

20 stycznia 2007

tak jak w kinie

Probujac oderwac sie od natretnych mysli i chwilowej samotnosci namietnie ogladam.
Dzis doskonaly turecki Les Climats (w oryginale Iklimler), Nuri Bilge Ceylan'a.
Opowiesc o uczuciu, w ktorym brakuje porozumienia. Rozstanie boli, bycie ze soba jest jeszcze trudniejsze. O ludziach, ktorzy chca, ale nie potrafia. Powolna narracja, kilkuminutowe ujecia, mozna uslyszec brzeczenie muchy i szum morza. Dopracowany w kazdym szczegole, zrealizowany wlasciwie przez jednego czlowieka, scenarzyste, rezysera, aktora Ceylan'a. Osobista wizja. Kinu wychodzi to na dobre. W zyciu dosc czesty przypadek.
I to by bylo na tyle...

17 stycznia 2007

Wolne w Paryzu

Bezczynnosc zaczyna meczyc. Hmm... moze nie bezczynnosc, tylko brak obowiazkow. Cos takiego! Nigdy bym sie tego nie spodziewala, gdy od ladnych paru lat dni w wiekszosci wypelnialy obowiazki, czyli praca - zlo konieczne.
Seb mowi: ciesz sie, nie zawsze bedziesz miala tyle czasu dla siebie. Niby tak. Jednak jako osoba funkcjonujaca lepiej w aktywnym trybie zycia docenilabym jakies zajecie poza domem, jak rowniez plynace z tego korzysci finansowe ;)
Ale poniewaz jestem rowniez osoba hmm... rozsadna?, to wiem tez, ze nic samo nie przychodzi. Zaczelam wiec pracy szukac. Male sukscesy na polu porozumiewania sie w narzeczu tubylcow, dodaly mi nieco sily. Bo i udalo mi sie ostatnio uzyskac w trybunale de grande instance, potrzebny mi dokument i odbylam pierwsze telefoniczne rozmowy w sprawie pracy, znajomi chwala postepy jezykowe. Okazuje sie, ze i mnie rozumieja i ja coraz wiecej rozumiem, wiec chyba trzeba dzialac.
Na razie pracy nie mam, wiec korzystam z zalecen. Ciesze sie wolnym czasem i co drugi dzien chodze do kina ( najlepsze wrazenie zrobily na mnie cudowny The Fountain Darrena Aronofskiego, ciekawy i dowcipny Stranger than Fiction Marca Forstera. Calkiem niezly byl Fur, film o slynnej fotografce Diane Arbus ), chodze na wystawy, uczestnicze w innych imprezach. Przy czym nie wydaje na to nic, bo kino mam w prezencie, czyli le pass, a Paryz umozliwia wiele darmowych spotkan ze sztuka. Trzeba tylko poszukac, a wtym jestem bardzo dobra.
Tymczasem pierwszy film dokumentalno-instytucjonalny pt. Zyc z rana (vivre avec une plaie) zrobiony przez rewelacyjna firme Celluloïd films, zostal ukonczony i wyswietlony podczas kongresu medycznego. Podobno sie spodobal a minister zdrowia pochwalil za dobra robote. Gdyby wiec ktos potrzebowal filmowej reklamy dla swojej firmy to zapraszam, chlopcy czekaja na kolejne zlecenia;)

04 stycznia 2007

Nowy Rok

rozpoczął się świetną imprezą w niedużym domu, pośrodku którego rosło drzewo, francuski szampan czyli champagne lał się o północy strumieniami, a tańce skonczyły się chyba ok śniadania, przy czym nie byłam, bo ok 6 powlekliśmy się do domu. Jadąc na imprezę metrem, ubrana w kolorową sukienkę, zastanawiałam się dlaczego Francuzki nawet w ten dzień zakładają tak ciemne ubrania. Dominowały jak zwykle czerń, brąz, dżinsy czy jeans, jak kto woli... Aż zaczęłam się czuć głupio w tych swoich kolorach tęczy;) Ale potem, na imprezie okazało się, że nie jest tak źle, pojawiły się czerwienie, turkusy, złota, srebra i nawet makijaż gdzieniegdzie. Bo Francuzki na co dzień raczej się nie malują, Są niezwykle naturalne. No ale z takimi pięknymi oczami i kilometrowymi rzęsami naprawdę nie muszą...
Podobno jaki Nowy Rok taki cały rok i na razie się sprawdza. Niestety. Bo pierwszy dzień roku przeleżałam w łóżku, z książką w ręku, od czasu do czasu łaskawie wstając, żeby coś przekąsić. Od tej pory, poza wymienionymi czynnościami sporo czasu pochłania mi zabawa w Marysię czyli robienie zakupów, gotowanie, sprzątanie, pranie itp. Podczas gdy mój prywatny biznesmen jest unieruchomiony przy komputerze - bo pracuje a nie gra w playstation - oddaję jego książki do biblioteki, chodzę na pocztę odbierać paczki, wysyłać faksy i przypatruję sie administracji francuskiej. A to są takie święte krowy, ktore siedzą na swoich posadkach, nie boja się o stratę pracy, bo to podobno prawie niemożliwe, mają kupę przywilejów i to oni rzadzą. Co z tego, ze na 7 okienek na poczcie tylko jedno jest otwarte, a w kolejce czeka ok. 20 ludzi. No przecież to jest pora lunchu, to normalne. Muszą zjeść. A że wszyscy naraz, to co. Nikt nie protestuje, bo przecież to normalne...Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce, tym bardziej, że sama pracowałam przez kilka lat z klientem, choć nie w firmie państwowej. To byłby lincz w krótkim czasie ;). Francuzi są chyba bardziej zrelaksowanym narodem. A jak o relaksie mowa to wracam do swoich zajęć ;)


Bonne Année!

31 grudnia 2006

Po swietach ...

Ponad tydzien w domu, w domach. U siebie, u rodzicow, u siostry... Choinka, prezenty, kolacja wigilijna, na ktorej bylo nawet wiecej niz 12 potraw, a kapuste wigilijna moja mama gotowala chyba ze dwa dni. Oczywiscie byla pyszna, bo moja mama swietnie gotuje. Nie byly to jednak najweselsze dni, ze wzgledy na zly stan zdrowia taty. Ale odkad jest w szpitalu, wyglada i mam nadzieje, czuje sie, duzo lepiej. I mam nadzieje, ze ta tendencja bedzie sie utrzymywala, a sam zainteresowany bedzie tego chcial ...
Spotkania ze znajomymi... wow! Niektorzy przyjechali na swieta zza granic, blizszych i dalszych. Cudownie bylo zobaczyc dawno niewidziane twarze, pobyc, porozmawiac. Choc oczywiscie czasu bylo za malo. Nie da sie nadrobic tak wielkich zaleglosci w kontaktach z przyjaciolmi i znajomymi podczas kilku dni. Nie udalo mi sie spotkac z kilkoma osobami - ale wszystko przed nami, zazwyczaj brakowalo czasu na dluzsze pogaduchy, ale i tak jestem bardzo szczesliwa. Bylo wspaniale.
I zal bylo wyjezdzac. Moze to wyjatkowa, swiateczna atmosfera, moze to, ze znow moglismy sie spotkac, prawie wszyscy.. moze potrzeba bycia z najblizszymi...
Szkoda, ze nie mozna wszystkiego polaczyc. Ludzi i miejsc... Zeby wszyscy i wszystko co kochamy bylo w poblizu. Tylko czy wtedy nie ciagneloby nas jeszcze dalej ? za gory i oceany, w poszukiwaniu wciaz nowych wrazen ? Pewnie tak.
Wiec moze niech na razie zostanie, tak jak jest, kiedy jestesmy oddaleni od siebie o dwie godziny lotu ;)
Nie sfotografowalam wszystkich, z ktorymi sie spotkalam, ale i tak jest to dosc spora kolekcja ;)


w piatkowy wieczor spotkanie z Sonia i Ania w Orfeuszu przy pl. Dabrowskiego. Uwielbiam te nasze pogaduchy dziewczyny !


w sobote wiekszy zlot w kaliskiej. Niestety material fotograficzny niewielki i kiepskiej jakosci. Za duzo wrazen, zeby zajmowac sie aparatem ;)


chyba wszyscy sie dobrze bawilismy...


dyskusje przy kaliskim stole


Sylwia i John


Agata i Jesper


Silvija i Darek


muzy Lodzi Kaliskiej: Alicja, Magda, Sylwia


a po swietach spotkanie z Agnieszka i Bartkiem, rowniez w kali


oraz jej bratem Rafalem


Razem z Marcinem podtrzymalismy tradycje sniadan w green way'u


z Dorota spotkalysmy sie na kawe w galerii


a z Magda na czekolade na dworcu centralnym


a potem byla kilometrowa kolejka do odprawy na Etiudzie i po dwoch godzinach lotu swiatla Paryza...
i tak oto wrocilam do jeszcze innego domu.
Z przyjemnoscia zrzucilam jesienny plaszcz i zimowa kurtke. Mimo silnego wiatru, jest duzo cieplej. Na basenie zrzucilam tez troche swiatecznych kalorii, rozpoczynajac tym samym moj zaplanowany na przyszly rok program zdrowszego stylu zyciu ;). Wieczorem kolacja z przyjaciolmi i rozmowy do poznej nocy. Stosy naczyn do zmywania wciaz czekaja za plecami.
A wieczorem witamy Nowy Rok...
Oby nam sie wiodlo, obysmy byli szczesliwi, realizowali swoje plany i nie przestawali marzyc.

19 grudnia 2006

Wesołych Świąt!

Już za kilka dni. Rodzinne, ciepłe, chyba jednak bezśnieżne...
Już jutro lecę do Polski. Najbliższe dni będą pełne spotkań z najbliższymi. Z rodziną , z przyjaciółmi, ze znajomymi. W sobotę pijemy w większym gronie, tak ? hurra! ;)
Trochę żal, że nie można połączyć wszystkiego. Ale cóż... c'est la vie !
I tak jestem szcześciarą. Mikołaj obdarował mnie hojnie. I nie chodzi mi o przedmioty..
a Paryż wciąż piękny ...


lodowisko pod Hotelem de Ville ( głównym urzędem miejskim Paryza)


Bastylia świąteczna


i w lustrach opery


karuzele... typowo francuski akcent


Wesołych Świąt !


i wspaniałych prezentów pod choinką !

14 grudnia 2006

Sonic Youth

Niektóre marzenia się spełniają. Jednym z moich muzycznych marzeń było obejrzenie na żywo słynnego Sonic Youth from NY. Było, bo marzenie zostało spełnione. Wczoraj w Paryżu, w wielkiej sali koncertowej Zenith, zagrali Kim Gordon, Thurston Moore, Lee Ranaldo, Steve Shelley i niezidentyfikowany osobnik, który dołączył do zespołu.
Z przyśpieszonym biciem serca czekałam, aż się pojawią. Kim Gordon, niewiele młodsza od mojej mamy, ubrana w złotą sukienkę mini, skakała na scenie jak nastolatka. Małżonek jej, pan Moore, czy raczej jego gitara, odbyła coś w rodzaju bliskiego zbliżenia z głośnikiem na scenie, wspaniałe światła, ciekawe ilustracje w tle.
I choć muzycznie koncert nie był najlepszy (nie tylko moim zdaniem) bo i ostatnia płyta, którą ta trasa promuje, czyli Rather Ripped, do najlepszych nie należy, to jednak zobaczyć ich na żywo, jak dają czadu na scenie, jaki wspaniały hałas wydobywa sie z ich gitar, jaką wciąż maja energię i charyzmę... to było wspaniałe !
Na koniec na szczęście zagrali kilka starych kawałków, w nowych aranżacjach. I to bylo to!

Niestety jakość zdjęć kiepska. Nie dało się ich zrobić, będac w pierwszych szeregach roztańczonej publiki





<