31 października 2006

nikogo nie ma w domu

Moje Szczescie wyjechalo na poludnie, w rodzinne strony. Razem z nim zabral sie fajny komputer razem z gg i skype'm. W domu zostalam ja i mniej fajny komputer z ery przedinformatycznej. Na szczescie mozna do niego podlaczyc internet.
Nastal jesienno-pochmurny dzien. Staram sie zrobic cos konstruktywnego, ale jak na razie nie bardzo mi to wychodzi. Moze dadza jakis fajny film w tv? hehe - oni i tak wszystko dubbinguja;). Czerwone wino podobno wyplukuje cholesterol. A wiec : sante!

29 października 2006

jesienna deprecha?

był kiedyś taki kawałek Kur, z Tymonem Tymańskim na czele. Juz myślałam, że mnie dopada. szczególnie po dołujacym - ale dobrym!- filmie, ktory wybraliśmy sobie na ten wczesno-popołudniowo-niedzielno-pochmurny czas.
Ale nie ! jeszcze nie! hurra! W Paryżu jeszcze cieplutko, dziś akurat bez słońca, ale na pewno się jeszcze pojawi. Wybroniłam się przed wieczornym wyjściem z domu i Mr. Skarb vel Mr. Boo , poszedł na urodziny do kolegi sam. A ja tymczasem powoli staję się specem komputerowym;) he, he. Tzn. czasem bywam, jak Mr. Gonsior, krok po kroku, tłumaczy mi cierpliwie, co też mam wcisnąć na tym skomplikowanym urządzeniu, ktore nazywa się MacBook Pro coś tam , coś tam. Tak więc dziś udało mi się zainstalować polską klawiature!- co widać;] i program do obslugi gg. Ale nie gg, bo tego się na Macu nie instaluje, tak ? Program jest super fajny , klawiatura sie przyda- choc muszę sie nauczyć, gdzie co jest. Na macu jest azerty, a polska to querty. Ale mam ściagę . Dziękuję Mc Gonsior!!!!! Merci za pomoc

last week - la semain derniere

W tamtym tygodniu mialam duzo czasu, w tym tygodniu wrecz przeciwnie. Czas wypelniony zostal spotkaniami ze znajomymi i nieznajomymi, ktorzy zostali znajomymi;)
Codziennie gdzies wychodzilismy, razem lub osobno i zawsze odnosilam wrazenie, ze Francuzi to bardzo mily narod;) Oczywiscie generalizuje, ale ci, ktorych spotykam sa naprawde mili, ciekawi, wydaja sie szczerzy, zainteresowani ta inna, ta Polka. Mam nadzieje, ze to nie jest tylko pozor. Zazwyczaj tez przelaczaja sie na angielski, tylko po to, zebym rozumiala, zeby moc sie porozumiec. Przyznam, ze jest to bardzo mile i swiadczy, wg; mnie , jednak o szacunku dla obcego. Nigdy nie zdarzylo mi sie byc "poza", w grupie, ktora mowi tylko po francusku, bo tak latwiej. Choc czasem lubie , jak musze sie produkowac w tutejszym narzeczu, bo cos niecos potrafie juz powiedziec. Ale gorzej ze zrozumieniem. Tak jak np. na obiadach u dalekiej ciotki Mr Skarba, pelenej energii 60 letniej pani psychoanalityk, ktora mieszka w pieknej starej kamienicy, wspaniale gotuje i jest przemila , ale angielskiego prawie nie zna.
A w piatek pod oknem mielismy kino. Wynieslismy wiec krzeselka i obejrzelismy kilka krotkich filmow. Mial byc tez film Tomka Baginskiego, Fallen Art, ale zostal z jakichs przyczyn wycofany. Bylo sporo ludzi, grzane wino, fajna atmosfera, poznalam kilku sasiadow, w tym pania Roze, Polke, ktora mieszka za sciana.
I tak oto nadeszla niedziela, pochmurna niedziela i nic sie nie chce...
Chyba jednak zwleczemy sie do kina na najnowszego Kaurismaki'ego.
( juz po . O, jaki smutny film .... )















jeden z tych ledwie widocznych balkonow na pierwszym pietrze jest nasz



a za tym plotem wkrotce bedzie ogrodek.
Ta kamienna sciana nie wyglada najlepiej , ale z mieszkania widok nie jest zly, glownie niebo i dalekie budynki. I nikt nie zaglada z okien na przeciwko;)


nowa fryzura panny Gisele

24 października 2006

Wystawa

Wczoraj paryskie sciezki prowadzily mnie przez pol miasta. Odkrylam, ze okolice Strasburg St. Denis sa zaludnione czarnymi siostrami i bracmi. I pelno tam zakladow fryzjerskich, gdzie mozna sobie zaplesc afrykanskie warkoczyki i takiez fryzury oraz sklepow, w ktorych roi sie od roznokolorowych peruek (peruk). Nie skorzystalam, bo tym razem mialam cel: dotrzec do centrum na wystawe fotografii Roberta Doisneau w Hotelu de Ville. Mimo poniedzialku i pory lunchu i tak odstalam godzine w kolejce ( wystawa jest darmowa, i dobra, wiec zawsze sa tlumy), ale jak wychodzilam kolejka byla dwa razy dluzsza.
Ale warto, warto. Doisneau to jeden z wielkich fotografow Paryza. Nie tylko zreszta tego miasta. Zdjecia pelne poezji, ze swietnie uchwyconym klimatem, wiekszosc to zdjecia ludzi. Prace poczawszy od lat 30. do 80.
Obok Doisneau jeszcze kilku znanych artystow tworzylo w podobnym klimacie. To pocztowki z ich zdjeciami Paryza mozna kupic w kazdym sklepie z pamiatkami. Uwielbiam Brassai'a , ktory jest bardzo podobny w kreowaniu atmosfery, Henri Cartier-Bressona, Willy Ronisa, czy Andre Kertesza, ktory kilkadziesiat lat spedzil w Paryzu. To tylko niektorzy.
Mesdames et Messieurs, voila Robert Doisneau. ;)

































































































































22 października 2006

oswajanie

powoli sie tu odnajduje, aklimatyzuje. Dzis bylam pierwszy raz na basenie bo bez plywania zyc nie moge. La piscine ( basen) jest 5 minut od domu, ale dzis rano byla taka masa ludzi, ze nie mozna bylo normalnie poplywac. Sprobuje w porze lunchu w tygodniu. Powinno byc luzniej. No ale juz przynajmniej wiem, co i jak.
Do sklepu chodze coraz bardziej zrelaksowana, bo i zapytac o co nieco potrafie i czasem cos mi sie uda zrozumiec. Nie mowie o supermarketach, gdzie jest samoobsluga, ale o tych mniejszych, z normalnym sprzedawca ;)
Dzis znow leniwie; lunch zjedlismy z Gisou, wieczorne ogladanie meczu u znajomych odwolane, wiec obejrze w celach naukowo-jezykowych;) fragmenty Faces Johna Cassavetesa, filmu ktory obejrzelismy wczoraj - wspanialy!
Ale juz przyszly tydzien zapowiada sie intensywny. Cieszmy sie wiec leniwa niedziela.;)
( dziwne , ale w tv nie ma Na dobre i na zle ... , a przeciez juz pora;)

20 października 2006

paryska codziennosc

Od wielu, wielu lat nie mialam tak duzo czasu dla siebie. Robie wiec to, na co mam ochote i co sprawia mi przyjemnosc. A ze przyjemnosc sprawia mi uczenie sie francuskiego, gotowanie, czytanie i pisanie, to takie zwyczajne czynnosci zaprzataja ostatnio moje dni. I jestem z tym na razie szczesliwa.
W szkole duzo lepiej, poswiecam codziennie kilka godzin nauce i widze efekty. W domu wszyscy nareszcie zdrowi, w Paryzu zrobilo sie chlodno ...
Czasem w drodze ze szkoly eksploruje inne zakatki:















parc des buttes chaumont w 19 dzielnicy...



















...pelen roznego ptactwa















niektorzy szkicuja na lekcji rysunkow, inni sobie siedza i patrza
















wchodzimy na Belleville















chyba wszystkie vany we Francji sa "ograffitowane"











































dostawa















jedna z setek chinskich knajp...















a nad nia maly Chinczyk o trzech rekach

18 października 2006

w drodze ze szkoly

do szkoly jade metrem, ale po zajeciach wracam spacerkiem wdluz kanalu st. Martin, ktory rozciaga sie - na powierzchni- prawie na calej trasie od szkoly do domu. Patrze, robie fotki, wystawiam twarz ku sloncu...

widok na Sacre Ceur z okolicy stacji Stalingrad, gdzie wysiadam

przy zejsciu na sciezke nad kanal wita nas pan w zielonych okularach, ( Kojak ?)

i inny pan - nie pan. Paryz jest pelen wszelkiego rodzaju graffiti

nad woda chetnie rozbijaja sie bezdomni...

a inni czytaja...


kanal St. Martin



mijamy kilka kafejek


a na Richard Lenoir, juz blisko domu, w niektore dni tygodnia jest jarmark

17 października 2006

pierwsze koty za ploty

Chodze do szkoly. I mam zamiar czegos sie tam nauczyc. Na razie moze to byc trudne, bo czasem czuje, ze chodze po omacku. Ale przy odrobinie silnej woli i wiekszej dawce pracy mysle, ze sie uda. Najwieksze problemy mam ze zrozumieniem, tego co mowi nauczycielka. Ale np. o ile wczoraj bylam przerazona, to dzis bylo juz duzo lepiej. To jest kwestia osluchania z jezykiem. A po drugie w domu przygotowalam sie ze slowek i juz sie razniej czulam w temacie.
Sporo jest ludzi w klasie, wczoraj naliczylam 25!, Dzis juz duzo mniej. Sporo osob, tak jak ja, ma pewnie zajecia 4 razy w tygodniu, wiec jeden dzien opuszcza. Ludzie sa z calego swiata, Chinczycy, Tajlandczycy, Hiszpanie, Brazylijczycy... Jest jedna Polka, Serbka.
Niektorzy sa juz dlugo we Francji, np. 2 lata !. Nic dziwnego, ze rozumieja co sie do nich mowi;)
Ale za dwa lata to ja zamierzam wladac biegle tym pieknym, tylko cholernie trudnym jezykiem. Oby !;)

15 października 2006

sunday, lazy sunday

matka chora, ojciec chory. Dobrze, ze dzieci jedynie pluszowe, bo tez by pewnie chore byly. Wobec tego dzis jest dzien, jak mawia pewien Kaczor: w gatkach. Mielismy odwiedzic nowo narodzonego obywatela Francji, ale w takim stanie to wysoce niewskazane dla przyszlosci kraju.
Ale juz jutro, bede wreszcie musiala "cos" zrobic, a mianowicie pojsc rano do szkoly. Nareszcie, bo jak mawia Michel Dzierzynski w Czastkach elementarnych Houellebecqa: czlowiek bez punktow odniesienia rozprasza sie. Czas sie "sproszyc".
Acha, i polecam uroczy i dajacy do myslenia, pelen humoru film o niby przecietnej amerykanskiej rodzinie i o tym co sie moze wydarzyc podczas wspolnej podrozy. Little Miss Sunhine - obejrzane wczoraj w kinie.

13 października 2006

piatek 13-tego

Czasami optymista zamienia sie w pesymiste. Czy to przypadek, ze akurat w feralny piatek?
Wyszly wiec spod lozka i zza scian wszystkie leki i strachy. Czy dam rade, czy nie zabraknie mi energii, co ja tu bede robic, dlaczego tak daleko, dlaczego tak pozno i czy milosc bedzie zawsze...
I takie tam, ktore odganiam, ale one mi dzis przysiadly calym ciezarem na ramieniu. Na szczescie na drugim rozgoscila sie cierpliwa milosc i chyba te smuty jakos pokonamy.

12 października 2006

Polski Paryz

Dzis postanowilam porozmawiac troche po polsku w Paryzu. Odwiedzilam wiec Instytut Polski i biblioteke. Instytut nie wyglada zle, miesci sie w dobrej dzielnicy, organizuja sporo iprez, odczytow, spotkan. Czasem mozna natknac sie na cos ciekawego. Ale biblioteka do pupy. Masa starych ksiazek, glownie historia, martyrologia, Sienkiewicz, Mickiewicz, a nawet Krasinski , Konopnicka czy Kraszewski. Kto ich czyta? Tych ostatnich trzech. Malo wspolczesnej literatury polskiej. Zauwazylam na polce Pilcha, Tokarczuk, Heulle, Kapuscinskiego czy, co ciekawe, kilka pozycji Tomasza Piatka. Jakis czas temu bylo o nim glosno, ale dlaczego takie wyroznienie ?:) Wzielam do poczytania. Oprocz tego zelazne pozycje czyli Schulz ( tez zabralam do domu, tzn. wypozyczylam;), Milosz, Hlasko, Gombrowicz,Witkacy, Kosinski, Konwicki, Iwaszkiewicz.
Kiedy jestem w ksiegarni szukam czasem polskich autorow na polkach. Najpopularniejszy jest chyba Gombrowicz- w koncu spedzil we Francji kawal zycia, potem Schulz, Milosz... Nie widzialam nigdy zadnego wspolczesnego autora. Ale sie jeszcze porozgladam..
Polski Instytut w Paryzu nie jest zly, choc raczej starszawy kadrowo. Ale i tak robi lepsze wrazenie, niz POSK w Londynie, ktory miesci sie niedaleko slynnej sciany placzu na Ealingu. Zaraz po wejsciu napotykalo sie na wzrok marszalka Pilsudskiego i przewazaly klimaty patriotyczne-martyrologiczne. Ale moze sie zmienilo... a czy jest jeszcze sciana placzu?
Majac w torbie dwie polskie ksiazki i gazetke pt. Dzien dobry ( gdybym byla elektrykiem, malarzem pokojowym, kafelkarzem, budowlancem, to juz bym miala prace. Dziesiatki ofert w tym pisemku jest. No coz, szkoda.. ;( ), powedrowalam szukac polskiego kosciola, bo slyszalam, ze to popularne miejsce wsrod paryskiej Polonii. Kosciol to calkiem ciekawy budynek przy malenkim placu, a poznalam , ze jestem na miejscu po siedzacych na schodach owego przybytku kilku panach. Osobnicy ci przypominali swojskich zuli osiedlowych wiec nie bylo to trudne. Na tablicy ogloszen karteczki od pan poszukujacych pracy. Dosc szybko odeszlam, zeby przejsc sie ulicami w okolicy. A jest to chyba jedna z zamozniejszych dzielnic. Okolice Louvre'u, Pl.Vendome z drogimi sklepami jubilerskimi, okolice starej opery. Piekny, stary, zamozny Paryz. Nie mogac jednak pozwolic sobie na zakupy tutaj , czmychnelam na pobliska rue de Rivoli, przy ktorej sa setki sklepow o przystepniejszych cenach. Zara, H&M, Promod itp. Czyli to , co mamy w Polsce, i ceny podobne. A sama ulica tez jest bardzo ciekawa , bo i do Pompidou blisko, Hotel de Ville po drodze i ulubione moje le Marais.
Na koniec prawie polskiego dnia polska pomidorowka, sama ugotowalam ;)

11 października 2006

parlez - vous francais?

Moze kiedys bede... Dzis zapisalam sie do szkoly. Zaczynam od poniedzialku. Niestety o zabojczej godzinie 9. Rano oczywiscie. Co oznacza wczesne zwlekanie sie z lozka. Ktos moze powiedziec, ze to i tak pozno, ale dla nas, nocnych markow, zasypiajacych grubo po polnocy, wcale smieszne to nie jest. Tzn. dla mnie, bo Seb zna francuski i do szkoly chodzic nie musi;)
Wskoczylam na poziom trzeci, cokolwiek to znaczy. Mieli ze mna niezla zagwozdke, bo test napisalam bardzo dobrze, ale prawie nie rozumialam, co do mnie mowia, a na jezyk, zamiast francuskiego, cisnal sie angielski. Ale w sumie postanowili mnie wrzucic na wyzszy poziom, zebym miala wiecej pracy. No i bardzo dobrze. Od dzis zaczynam mowic w domu w jezyku tubylcow! No, za duzo to ja sobie na razie nie pogadam;).

08 października 2006

dwoje ludzi z szafa

wlasnie dwoje, a nie dwoch, jak u Polanskiego. Bo to nasza szafa- moja i Seby. Poza tym nie ma lustra. Ale jest calkiem fajna. Przypadkiem trafilismy dzis do Ikei i zrobilismy duze zakupy. Szafa, komoda.. i pomniejsze pierdolki.
Niby prosta rzecz, a cieszy. Musi, bo wreszcie bedzie mozna zrobic w tym mieszkaniu porzadek. Juz moja w tym glowa. Ach ci faceci... A ten moj ma takie niewyobrazalne ilosci rzeczy niezbednie potrzebnych- nawet takich, ktorych zaloze sie, nie uzyje, nie zalozy ani razu. No coz , bede pracowac dalej nad tym materialem ;)
Szafa napina sie dumnie w rogu pokoju swoim bialym plotnem ( bo to taka pokrywana materialem na metalowej konstrukcji) i wciaz nie moge uwierzyc , ze juz tam nie ma sterty rupieci.
Nat King Cole nuci swoje ballady w circle room hotelu la Salle w Milwaukee roku 46 ,
zatanczylismy wlasnie kawalek oh, but i do , uff; a teraz graja i'm in the mood for love.
A my po prostu jestesmy. Niby normalnie, a pieknie...

07 października 2006

Sobota

Paryz jest piekny. Wlasciwie gdziekolwiek sie czlowiek nie ruszy to spotyka go cos interesujacego. Przespacerowalismy sie chwile po okolicy. Na Menilmontant poczulam sie jak na Bliskim Wschodzie ( choc to raczej z Magrebu przybywaja tutejsi mieszkancy), arabskie sklepiki, piekarnie, restauracje, potem Kanal St. Martin, w srodku miasta kanal naziemny przchodzi w podziemny , zeby po kilku kilometrach wylonic sie niedaleko Sekwany. Plywaja po nim lodki i uruchamia sie specjalny sytem sluz czy cegos takiego. fajne. Zmeczona cyfrowka wzielam ze soba lustrzanke i nie mam jeszcze zdjec. Nastepnym razem przeprosze cyfre.:)
Teraz Francja gra w noge ze Szkocja i mimo zdecydowanej przewagi zabojadow:) na razie remis.
A potem wybieramy sie na Biala Noc, czyli noc, podczas ktorej otwarte sa galerie sztuki wspolczesnej i pewnie przy okazji sporo sie dzieje. Bedzie sie tez dzialo w barze, bo przyjacielowi urodzil sie dzis syn!















gdzies na Marais















Sekwana przez zielone szklo



















jeden z projektow

































i inne...

05 października 2006

Lizbona


















Lisbona to miasto wgorz i malych, stromych uliczek. Przy tej mieszkalismy, wspinajac sie codzinnie wieczorem do utraty tchu.



















Domy wylozone kafelkami. Azulejos- bardzo ladna nazwa na te roznorodne kawalki ceramiki.



















Tramwaje - jeden ze znakow rozpoznawczych miasta nad Tagiem.















Lizbona ozywa wieczorem






































Alfama



















Bairro Alto





































stary szewc















W kazdym barze football


czas na relaks

Wreszcie. Ostatnie dwa tygodnie byly jedna wielka gonitwa. Masa spraw do zalatwienia przed wyjazdem, a przede wszystkim formalne zamkniecie studiow. Czyli obrona. Najwazniejsze, ze juz po, a najwieksza satysfakcje mialam z tego, ze jak powiedzial moj promotor: dobrze, ze sie zdecydowalam wrocic i to w tak dobrym stylu. Ale ten styl to pol roku ciezkiej pracy, zakuwania do egzaminow i pisania pracy mgr. po calym dniu harowki w erze. Ale warto bylo. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie zrobilam tego wczesniej. Z czasem pisanie stalo sie swoista przyjemnoscia. Choc inaczej byc moze ocenia to moja osobista redaktor Doris P. :) dziekuje bardzo Dorota. Merci beaucoup!!!
I nawet nie mialam czasu, zeby tak naprawde poczuc, ze wreszcie skonczylam studia.
Nastepnego dnia Paryz, kolejnego Lizbona.
Wszystko biegiem- no moze oprocz 25-godzinnej podrozy autobusem:).
Potem samolot, i juz chyba przechodzi mi moja schiza w temacie latania i nasluchiwania czy silniki pracuja;). Kiedys bardzo lubilam latac i to chyba wraca. A moze strach ogarnia mnie po prostu, kiedy lece sama, bez nikogo znajomego? Wyprobuje niedlugo. Bilety na listopad juz dawno kupione. Dobrze, ze nie wynajelam jeszcze mieszkania. Dobrze mi z poczuceim, ze mam dwa domy. Jeden tu drugi tam, albo odwrotnie. Kiedys przyjezdzalam na tydzien, dwa co jakis czas do Francji, teraz bede jezdzila do Polski. Przynajmniej przez jakis czas...
Ale czas oswajac i to miasto. Znalezc "swoje" miejsca. Pora zamieszkac.
Na dobry poczatek kupilismy dzis pralke! :)
<